Zdezorientowany, zabrałem go do domu i ostrożnie wyjąłem z doniczki.
Na dole znajdowała się szczelnie zamknięta plastikowa torba.
W środku były złote monety – stare, ciężkie i niewątpliwie cenne. Spadek po prababce mojej macochy, przeznaczony tylko na nagłe wypadki. Nigdy ich nie potrzebowała. Nigdy o nich nie wspominała.
Monety te były warte o wiele więcej niż gotówka i mieszkanie, które odziedziczyła Mia.
Moja macocha była cichą kobietą. Czasem surową. Rzadko czułą. Ale kiedy Mii nie było w pobliżu, mówiła mi coś:
„Nie urodziłam cię” – szeptała – „ale wiem, że zasługujesz na miłość bardziej niż ktokolwiek inny w tej rodzinie”.
Myślę, że w ten sposób chciała to powiedzieć po raz ostatni – po tym, jak odeszła.